CZYTAMY: DIDASKALIA 101
chociaz didaskalia wciaz pozostaja najciekawszym pismem poswieconym teatrowi, to kazdy numer napawa ranglinks zdziwieniem, jak mozna tak sie mylic i jednoczesnie tak sie nie mylic = jak to sie dzieje, czyjej uwadze umyka /moze to jednak zamysl swiadomy, enigmatyczna koncepcja redaktorow/, ze teksty przyzwoicie napisane, czasami nawet teksty bardzo dobrze napisane sasiaduja w didaskaliach z totalnymi pomylkami. i nie mysli tu ranglinks o odmiennych gustach, przedziwnych zapatrywaniach czy cudacznych czasami upodobaniach piszacych lecz o sprawie tak prostej i podstawowej jak warsztat piszacego (z wrodzonej delikatnosci uznajemy, ze nie musi on byc tozsamy z warsztatem dziennikarskim). ten warsztat czasami przybiera w didaskaliach dziwne formy, odrzuca zasady gramatyki i ortografii, a slowo i jezyk wydaja sie dla piszacego narzedziem tak odleglym jak gwiazdozbior kasjopei. same zas wnioski, do ktorych dochodza recenzenci, ich wartosc merytoryczna, blyskotliwosc przeprowadzanych analiz i interpretacji - ubostwo i poruta. no ale nie kazdy musi byc przeciez maria janion czy grzegorzem niziolkiem. tak sobie ranglinks mysli czytajac, w ostatnich didaskaliach, teksty pana papuczysa, pana zelislawskiego i pani kwasniewskiej.
